Niepokojąca woń przypalonej marchwi. Rozmowa z Markiem Krajewskim

http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,20736227,niepokojaca-won-przypalonej-marchwi-rozmowa-z-markiem-krajewskim.html
Agnieszka Kublik
24 września 2016 | 01:02

Marek Krajewski (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)
Piszę trzy godziny i czterdzieści osiem minut. Przez dwie godziny dwadzieścia czytam filozofów po grecku i po łacinie, a pozostały czas poświęcam na szlifowanie angielszczyzny, zwykle podczas biegania. Normalne życie zwykłego pracującego rzemieślnika. Z Markiem Krajewskim* rozmawia Agnieszka Kublik.
Agnieszka Kublik: A trup jaki wydaje zapach? 

Marek Krajewski: Zawsze mnie to nurtowało. Jaką woń wydzielają ludzkie zwłoki?
Zapytałem kiedyś szwagra, który był prokuratorem: – Jak śmierdzi trup?

Szwagier: – Mdły zapach.

A przecież „mdły” to nic nie znaczy. Zapytałem więc kolegę, emerytowanego policjanta: – Jurek, jak śmierdzi trup?

Ten to samo: – Mdły zapach.

No więc sam powąchałem trupa, a właściwie trupy. I wiem, do czego ten smród porównać. Ale darujmy sobie to porównanie tutaj…

Nie, czytelnicy by nam tego nie darowali.
– To mieszanina woni gazów ludzkich z przypaloną marchwią. Bardzo nieprzyjemna.

Inaczej pachnie trup człowieka, który umarł z przyczyn naturalnych, a inaczej ofiary morderstwa?
– Nie ma znaczenia rodzaj śmierci. Ale może, jak przeczyta ten wywiad mój kolega Kawecki, to złapie się za głowę i powie, że niczego nie zapamiętałem z naszych wielogodzinnych rozmów.

To ile trupów pan wąchał?
– Nie byłem częstym gościem prosektorium, może z pięć-sześć razy. Chciałem zobaczyć, jak np. wygląda kolor ludzkiego tłuszczu.

I jak?
– Pomarańczowy jest u starszych osób. Bo u młodych osób, powiedzmy, żółty, jest to odcień nieco jaśniejszy.

A skóra?
– Widziałem człowieka, który uległ poparzeniu i biegł przez jego ciało taki ślad… Zapomniałem, jak się dokładnie nazywa taka smuga. Nie wiem, czy o tym mówić, to dość makabryczne.

Zachęcam…
– Skóra tego człowieka była zielona, a skóry osób poparzonych są często czarne.

Skóra trupa upiorne robi wrażenie, taka marmurkowata, zimna, sina często.

Śledziona, mięśnie, wątroba, trzustka, mózg. Wszystko obejrzałem. Nie wiedziałem, że mózg jest w takiej osłonce, to są opony mózgowe. Miałem cel poznawczy, zobaczyć, jak wygląda człowiek, żeby wszystko wiarygodnie opisywać.

Marek Krajewski

Pierwsza sekcja zwłok. Pamięta pan?
– O tak! Pamiętam dobrze ten zimowy poranek roku 2004, 4 stycznia to było.

Data jest istotna o tyle, że laboranci po Nowym Roku wzięli sobie wolne, i to ja spełniałem funkcję asystenta doktora Kaweckiego. Zapisywałem wymiary śledziony, wątroby. Różnych narządów. To było wstrząsające, ale też bardzo ożywcze, powiedziałbym, poznawczo. Kiedy wracałem z tej sekcji zwłok, zastanawiałem się nad kruchością ludzkiego istnienia. I co ciekawe, wtedy się zdarzył przedziwny zbieg okoliczności. Kupiłem „Przekrój”, żeby się nie nudzić w autobusie. Znalazłem tam notkę o pewnej pani, warszawskiej radnej, która za cel postawiła sobie organizację sygnalizacji świetlnej na jednym ze skrzyżowań. Dopięła swego, po czym zginęła. Na tym skrzyżowaniu została potrącona. I wtedy wymyśliłem fabułę powieści, której nigdy nie zrealizowałem. Gdzieś leży szkic.

„Siedział tam teraz i spisywał wszystko, co odkrył od momentu, kiedy przekroczył próg Hali Stulecia i ujrzał roztrzaskanych o ziemię chłopców. Nie dbał o formę, o słownictwo ani o składnię. Stalówka skrzypiała na listowym papierze, tu i ówdzie spuścił małego kleksa, ale o to też nie dbał. Byle to napisać, a potem się nagrodzić – zjeść i wypić”. To Mock. A pan jak pisze?
– Ja, owszem, też szybko piszę. Ale nie dlatego, że widzę przed sobą cel, nagrodę, nie. To moja praca, staram się wykonywać ją jak najlepiej.

Codziennie pracuję. Kiedyś od 7 rano do 12. Teraz już nie zaczynam o konkretnej godzinie i nie kończę o konkretnej. Teraz codziennie piszę trzy godziny i czterdzieści osiem minut.

Trzy godziny, czterdzieści osiem minut?
– Zaraz wytłumaczę. Tylko jeszcze dodam, że przez kolejne dwie godziny i dwadzieścia minut rozmyślam i czytam filozofów, a przez następne półtorej godziny doskonalę swój angielski. Codziennie oprócz sobót i niedziel. Prawie osiem godzin, tyle mi zajmuje codzienna praca.

Że dziwne liczby? Już objaśniam. Osiem godzin śpię, zostaje szesnaście z doby. I te szesnaście godzin poddałem pewnemu działaniu matematycznemu, żeby znaleźć złotą proporcję. Nie będę omawiał szczegółowo, co to jest, bo trzeba by wchodzić w kwestie matematyczne…

…ależ wiem. Pisze pan o tym w „Mocku”. Chodzi o złotą liczbę, która w przybliżeniu wynosi 1,62. Odkrył ją Pitagoras, wykorzystywali ją budowniczowie greckich świątyń.
– Tak. Wolny czas, czyli ten poza spaniem, poddałem złotemu proporcjonowaniu, że się tak wyrażę. I wyszły mi takie liczby. W związku z tym trzymam się tego, pracuję trzy godziny czterdzieści osiem minut, przez dwie godziny dwadzieścia czytam filozofów, Senekę i Marka Aureliusza w oryginale, po grecku i po łacinie. Pozostały czas poświęcam na szlifowanie angielszczyzny. Sam. Zwykle podczas biegania. Mam słuchawki i słucham audycji z BBC 4.

A biega pan…
– 10 kilometrów wzdłuż Odry. Trzy razy w tygodniu.

To czas wolny?
– Nie, to zaliczam do angielskiego, czyli do zajęć obowiązkowych i stałych. Naszą rozmowę zaliczam do pracy. Odejmę sobie ten czas od tych trzech godzin i czterdziestu ośmiu minut.

Udaje się zaplanować akurat osiem godzin snu?
– Po prostu tyle śpię i już. Chodzę spać o stałej godzinie i budzę się w miarę o stałej godzinie. Zwykle kładę się o 23-24. Do 7- 8 śpię, wychodzę z psem na spacer, wracam. Podczas spaceru już słucham audycji angielskich.

To ile zostaje czasu wolnego?
– Ponad siedem godzin.

Też tak perfekcyjnie rozplanowany?
– Niezaplanowany. Rozmawiam z żoną, czasem w dni powszednie wychodzimy na spacer, ot zwykłe życie. Czytam dużo książek, słucham muzyki. Normalna codzienność zwykłego, polskiego pracującego rzemieślnika.

Podobno kryminałów to pan nie czyta.
– Nie. Z obawy przed tym, by nie być posądzonym o plagiat. Człowiek, który produkuje – używam tego słowa specjalnie – jeden kryminał rocznie, musi uważać…

Jeden kryminał rocznie – i tak pan zaplanował do sześćdziesiątki.
– Tak, do sześćdziesiątki zamierzam pisać kryminały, a potem pomyślę o innych powieściach.

Jakich?
– Może napiszę powieść historyczną – oczywiście tradycyjną formalnie, z punktami kulminacyjnymi i suspensem. Chcę też napisać powieść, której akcja będzie się rozgrywać na uniwersytecie w latach 90., kiedy zaczynałem tam pracę.

Podróż sentymentalna?
– Uwielbiałem nauczać. Z przyjemnością przyjmuję zaproszenia na spotkania ze studentami, nawet bez honorariów. Lubię świat akademicki, grzeczne formy zwracania się do siebie, nie lubię od razu przechodzić na ty.

Zrezygnowałem, bo po prostu brakowało mi czasu. Musiałem wybrać: albo uczelnia, albo literatura. Kiedy zrozumiałem, że mogę żyć z pisania, zrezygnowałem z uczenia. Ale z bólem.

Marek Krajewski. Fot. Adam Golec / materiały wydawnictwa

Właśnie skończył pan 50 lat. Zostało 10 książek do napisania.
– Największy problem mam z wymyślaniem fabuły. Kiedy byłem jeszcze młody i miałem bystry umysł, jakieś 10 lat temu, to wymyślałem fabułę, plan narracji, historię w ciągu weekendu. A teraz to trwa miesiąc, trzy tygodnie.

W tym znoju wciąż towarzyszy mi obawa, by nie stąpać po własnych i cudzych śladach, czyli dokonywać nieświadomie autoplagiatu i plagiatu. Dziennikarze i czytelnicy natychmiast mi to wytkną.

Przejmuje się pan tym?
– Niespecjalnie. Ale jednak staram się coś oryginalnego wymyślić. A gdybym czytał kryminały, to niestety – chcąc nie chcąc – nieświadomie stosowałbym pewne cudze rozwiązania fabularne, które utkwiłyby mi w głowie.

Dam przykład. Jakiś czas temu byłem we wrocławskim oddziale IPN, żeby przejrzeć akta dotyczące działalności Milicji Obywatelskiej do książki „W otchłani mroku”. Znalazłem tam taką oto historię: 10-letni chłopiec został uprowadzony ze szkoły przez mężczyznę, który podał się za lekarza. Po trzech godzinach mężczyzna odstawił dziecko do szkoły. Było w stanie kompletnego wyczerpania, badania pokazały, że upuszczono mu około litra krwi. Sprawców nie wykryto. Koniec raportu.

Kiedy wracałem z IPN, to o mało wypadku nie spowodowałem. Już widziałem oczyma wyobraźni handel krwią po wojnie: nie ma krwi, więc jest mafia, która handluje krwią. Przyjechałem do domu, a żona mówi: „Zobacz, świetna książka, bardzo lubisz tę autorkę, Mo Hayder, przeczytaj sobie Rytuał”. A zdanie mojej żony jest dla mnie bardzo ważne. Zawsze się nim kieruję, jeżeli chodzi o książki beletrystyczne, bo naukowe to sam sobie wybieram. Więc wziąłem tę książkę, a tam handel krwią w Londynie, ktoś upuszcza krew narkomanom, a potem ich zabija.

I musiałem porzucić mój pomysł. Bo jak zacząłem pisać, planować akcję, co chwilę przychodziły mi do głowy rozwiązania fabularne Mo Hayder. Mój umysł został zakotwiczony.

A kryminały ogląda pan?
– Wyłącznie seriale. Na przykład „Ripper Street”, świetny serial, którego akcja rozgrywa się pod koniec XIX wieku w Londynie. Albo „Breaking Bad”, o skromnym nauczycielu chemii, który przekracza granicę pomiędzy dobrem a złem.

A kryminalna seria o śledczych naukowcach z CSI – Nowy Jork, Las Vegas, Los Angeles, Miami?
– Nie. Nie mam telewizji. Telewizor mam w mojej literackiej samotni, w małym domku w Wielkopolsce, służy mi wyłącznie jako instrument, do którego podłączam odtwarzacz DVD. Wyjeżdżam z psem, pracuję nad książkami i dla wytchnienia oglądam kolejne odcinki różnych seriali.

Agatha Christie?
– To nie moja bajka. Od razu się zastrzegę, że nie chciałbym być uznany za jakiegoś pyszałka. Bo oto jakiś podrzędny autor będzie krytykował wielką Agathę.

Jej tak zwane kryminały kominkowe są specyficzne, wszyscy spotykają się na końcu przy kominku i genialny detektyw gra najpierw w grę pod tytułem „wszyscy jesteśmy podejrzani”, a potem rozwiązuje zagadkę.

Nie wierzy pan w szare komórki?
– Wierzę! Jestem racjonalistą, wierzę w potęgę ludzkiego umysłu, jak najbardziej. Tylko że w książkach i w filmach oczekuję emocji. Kryminały Agathy Christie są zbyt zimne, powiedziałbym. Ja szukam emocji, punktów kulminacyjnych, gwałtownych zmian akcji. I scenerii.

Jako młody człowiek czytałem, owszem, czytałem. Ale wtedy z angielską autorką zdecydowanie wygrywał Raymond Chandler ze swoim wspaniałym, sugestywnie opisanym światem Kalifornii. I Günter Grass, bardzo cenię pierwszą część jego trylogii gdańskiej „Blaszany bębenek”. Za bardzo sugestywny obraz miasta. Ono żyje, przeżywa, koresponduje z uczuciami bohaterów. Coś niezwykłego.

Edgar Allan Poe.
– Też, też, jako kolejny.

Bo pierwszy jest Bolesław Prus. Chwali się pan, że „Lalkę” czytał kilkanaście razy.
– Tak, i to w krótkim czasie, w latach młodości. O dziwo, „Lalka” podobała się również moim licealnym kolegom i koleżankom. Robiliśmy nawet quizy. Pytania były bardzo szczegółowe, na przykład, jak się wabił pies Rzeckiego?

Ir?
– Tak. Albo: w jakim cylindrze Wokulski spacerował po parku łazienkowskim? Kto nie odpowiedział, stawiał pepsi w pobliskim sklepie.

Dlaczego „Lalka” jest dla mnie wzorem? Z dwu powodów. Po pierwsze, to powieść miejska. Kiedy bohaterowie idą ulicami i widzą elementy świata przedstawionego, to one nie są tylko topografią, ale współgrają z ich stanem ducha. To zrobiło na mnie ogromne wrażenie, bo kocham miasto, w którym się urodziłem, Wrocław. Razem z jego przeszłością, także niemiecką, która była w latach mojej młodości tematem tabu i którą sam mozolnie odkrywałem. A kiedy się kocha miasto, wtedy chce się nie tylko poznać jego przeszłość, ale też to miasto ożywić, zwłaszcza jeżeli ma się jakiś minimalny talent literacki.

Po drugie, w „Lalce” są rzeczy, z których nie zdawałem sobie sprawy jako nastoletni czytelnik. Sceny, które się kończą jakąś puentą, jakimś zaskakującym nawiązaniem do następnych scen. Jest między nimi klej. Te literackie manewry Prusa tkwiły gdzieś we mnie przez całe lata, kiedy jeszcze w ogóle nie planowałem, że będę pisarzem, ponieważ bardziej mnie interesowała matematyka i łacina niż literatura.

A że piszę właśnie Prusem, zdałem sobie sprawę, gdy się zorientowałem, że sceny staram się zawsze zbudować tak, by były małymi powieściami. Żeby był na końcu jakiś punkt kulminacyjny w samej scenie, nie tylko w powieści.

A „Lalka” to kto? Albo co?
– Są rozmaite interpretacje. Bardzo często pojawia się taka, że „Lalka” to jest Izabela Łęcka, pozbawiona ducha i uczuć. Co jest nadmiernym uproszczeniem. Dzisiaj, nawiasem mówiąc, taki tytuł wydawca by odrzucił. Przynajmniej u początkującego autora.

Miał być inny: „Trzy pokolenia”. Chodziło o trzy pokolenia idealistów – Rzecki, Wokulski, Ochocki. Sam Prus z „Lalki” tak się tłumaczył w jednym z listów: „W powieści ‚Lalka’ znajduje się rozdział poświęcony procesowi o kradzież lalki, rzeczywistej lalki dziecinnej. Otóż taki proces miał miejsce w Wiedniu. A ponieważ fakt ten wywołał w moim umyśle skrystalizowanie się, sklejenie całej powieści, więc – przez wdzięczność – użyłem wyrazu ‚lalka’ za tytuł”.
– Dowiedziałem się niedawno, że tytuły formułuje się tak, żeby zawierały słowo odnoszące się do emocji.

„Mock”?
– Ale ta zasada dotyczy początkujących, ja jestem weteranem. Napisałem 16 książek, z czego 13 samodzielnie, a trzy z innymi autorami. Już mogę sobie pozwolić chyba, jak sądzę, na szaleństwo w tytule.

„Lalką” możemy być również my wszyscy, ludzkość wobec, że tak się wyrażę, egzystencji.
– Jeżeli uznamy, że jesteśmy poruszani siłami niezależnymi od nas, na przykład uwarunkowaniem genetycznym, albo jeżeli mówimy o częściowym determinizmie, to tak, takie ujęcie mi odpowiada.

Jestem w dość trudnej sytuacji, kiedy ja, autor literatury popularnej, muszę się wypowiadać na temat wielkiej powieści.

Także filolog.
– Oczywiście filolog klasyczny. Ale w pracy zawodowej najmniej interesowały mnie kwestie literackie. Najbardziej językowe. Byłem bliski zdawania na matematykę. Okoliczności sprawiły, że wybrałem coś, co jest na pograniczu nauk ścisłych, jak sądzę, i nauk humanistycznych – językoznawstwo łacińskie. Gramatyka ma w sobie coś matematycznego, ścisłego, ale nie jest tak krystaliczna i nieludzka jak matematyka. Jest sposobem opisania języka, w którym ludzie wyrażają swoje pragnienia, miłość, cierpienie. Czyli dochodzimy do człowieka. Jak zawsze.

Marek Krajewski we Wrocławiu, 2012 rok

„Lalka” jest aktualną powieścią?
– Jest, i to również wśród młodego pokolenia. Ku mojemu zdziwieniu, ponieważ uważałem, że to trochę taka ramota.
Niedawno byłem w pewnym wrocławskim liceum na spotkaniu autorskim i nawiązywałem do „Lalki” parokrotnie. Pytałem, czy w ogóle byli w stanie ją przeczytać. Rozległy się protesty – nie było tam nauczycieli, to nie było na pokaz – że czytali. I że się podobała. Wiele osób coś w niej znalazło.

Prus pisze o peryferyjnym statusie polskiej gospodarki. Ochocki, ambitny naukowiec, musi wyjechać na Zachód, żeby zrobić karierę, a szlachta woli wydawać na luksus, niż inwestować. Jak dziś.
– Natura ludzka jest niezmienna. Jeżeli przeanalizujemy decyzje podejmowane przez bohaterów „Lalki”, to zawsze gdzieś u ich źródeł są uniwersalne potrzeby. Ochockiego ożywia pasja, Wokulski traktuje karierę dość instrumentalnie, antropolog doktor Szuman to typ naukowca gabinetowego. Mamy różne typy ludzkie, ale motywację tę samą: chcę być lepszy, chcę coś osiągnąć, chcę coś zdobyć. To przenikało społeczeństwo kiedyś, przenika dzisiaj, przenika moich bohaterów i mnie też.

To powieść polityczna? O społecznych nierównościach, o nędzy świata?
– Wiem, że istnieje podejście, które doszukuje się polityczności w jakichkolwiek ludzkich wypowiedziach czy przedstawieniach. Nie podzielam opinii, żeby wszędzie kryła się polityka. Ja odkrywam na nowo „Lalkę” jako pisarz.

A pisarz ma dostarczać emocji?
– Tak, moim głównym celem jest dostarczanie czytelnikom godziwej rozrywki. W moich książkach ludzie widzą różne rzeczy. Pytają: „Czy pan chce nas edukować?”, „Czy pan nas chce nauczyć o Wrocławiu, o niemieckiej przeszłości?”. Odpowiadam: „Nie”.

Powiedział pan kiedyś: „Mock ma wiele ze mnie, moje niepokoje i obsesje”.
– Ma. Na przykład pedanterię. Mock nie wyszedłby w brudnych butach na ulicę. Kiedy pracowałem na uczelni, codziennie wieczorem przygotowywałem się do zajęć akademickich. Wieszałem na krześle wyprasowaną koszulę, dobrany do niej krawat, a wyczyszczone buty stały koło łóżka. Ubłocone buty są przekleństwem.

Zostało to panu do dzisiaj?
– Buty muszą być lśniące jak lustro.

Jest południe, upał jak w lipcu, a pan taki elegancki. Marynarka w szaro-białą kratę, czarna koszula, poszetka w kolorze gorzkiej czekolady…
– …dopasowana do brązowych butów.

Szalenie szykownie pan wygląda.
– Dziękuję. To bardzo miło słyszeć. Staram się tak robić właśnie.

Ale muszę się przyznać, że parę dni temu musiałem coś załatwić w galerii handlowej, blisko domu, i nie chciało mi się ubierać jakoś specjalnie. Wyskoczyłem w podkoszulku na ramiączkach i w szortach.

Jestem zaskoczona.
– Tak, czułem się niekomfortowo. Ale z drugiej strony jest takie ćwiczenie stoickie, które polega na dobrowolnym dyskomforcie. Człowiek poddaje się mu, na przykład ubierając się jakoś zaskakująco i zdając sobie sprawę, że ludzie będą patrzeć. A ja staram się być stoikiem, więc wytłumaczyłem sobie, że właśnie poddałem się takiemu dyskomfortowi. Chociaż tak naprawdę u źródeł mojej decyzji „garderobianej” leżało zwykłe lenistwo.

Jakie niepokoje dzieli pan z Mockiem?
– Oprócz pedanterii miłość do filologii klasycznej.

Mock nie, bo nie skończył studiów.
– Ale żyje starożytnością jak ja. Kiedy się denerwuję, co się rzadko zdarza, to przypominam sobie fragmenty łacińskich albo greckich tekstów. A to „Anabaza” Ksenofonta, a to fragment „Uczty” Platona, a to kawałek Cycerona o naturze bogów.

A co pana denerwuje?
– Mock powiedział, że nie lubi brudu, smrodu i żaru.

Ucztowanie uwielbiacie.
– Jestem łakomczuchem. Co gorsza, preferuję niezdrową kuchnię typu golonka, żeberka, zawiesiste sosy. Gdyby nie to, że biegam, to sądzę, że nie mógłbym wejść w ten fotel. No i ryby.

Palenie rzuciłem cztery lata temu i od tego czasu mam straszliwy ciąg na słodycze. Czekolada z orzechami, uwielbiam.

Mock jest wrażliwy, ale bywa brutalny.
– Ja nigdy. Mock nadużywa alkoholu, ja nie piję. Mock pali, ja nie. Takie drobiazgi nas różnią.

Mock to pies gończy, czasami sam wymierza sprawiedliwość. Pan też?
– Nie. Mock to archetyp policjanta, który wymierza sprawiedliwość choćby na własną rękę, choćby niegodziwymi środkami.

Ktoś powiedział, bodaj czy nie Marcin Król, że z czytania kryminałów płynie pocieszenie dla człowieka. Na początku powieści dostrzegamy chaos świata, zostajemy w niego wrzuceni, brutalnie, bo jest mord, a na końcu ten świat staje się lepszy dzięki temu, że usunięto bestię, i wraca w utarte koleiny. A czytelnik mówi „uf” i zasypia spokojnie. Swoista konsolacja. I dlatego mój bohater jest gończym psem sprawiedliwości. Realizuje się w tym, że naprawia świat, choć na ogół nie jest w tym dobry.

Ale czasami bywa.
– Tak.

Zupełnie jak pana Wrocław. Zadbany, kulturalny, z klasą, ale właśnie tam podczas antyimigranckiej manifestacji oenerowcy spalili kukłę Żyda.
– Różne rzeczy się dzieją w różnych miastach, ponieważ ludzie mają rozmaite poglądy. A ja unikam tematów politycznych.

To temat polityczny?
– Tak sądzę. Wolałbym się skupić na literaturze, na kryminałach, na mojej twórczości.

„Apelujemy do najwyższych władz Rzeczypospolitej o bezzwłoczne ukrócenie coraz zuchwalszych rasistowskich ekscesów w Polsce”. To właśnie głos pisarzy. Oświadczenie zarządu Pen Clubu.
– Autor kryminałów, który zabiera głos w ważnych kwestiach społecznych i politycznych, jest niewiarygodny. Na te tematy powinni się wypowiadać dziennikarze, publicyści, badacze.

Jest pan osobą publiczną.
– Owszem. To nakłada na mnie pewne przywileje, ale chyba żadnych obowiązków poza tym, żeby się przyzwoicie zachowywać.

Nie interesują mnie kwestie doraźne, bieżące. Interesują mnie rzeczy nieprzemijające, Marek Aureliusz i jego rozmyślania.

A czytelnicy o te kwestie doraźne nie pytają?
– Pytają. Zawsze mówię to samo: na tematy polityczne nie wypowiadam się publicznie. I z tego, co wiem, to przed naszym wywiadem zdawała pani sobie z tego sprawę.

Są artyści, którzy mówią o kwestiach doraźnych: Wajda, Pszoniak, Gajos, Holland, Janda…
– Nie jestem artystą, jestem rzemieślnikiem.

Wygodnie.
– Oczywiście, że wygodnie. Choć nie zawsze. W tej chwili nie odczuwam wielkiego komfortu.

Ciekawość, rozumie pan.
– Nie zamierzam publicznie się wypowiadać na tematy aktualne, polityczne i społeczne, ponieważ dżentelmen unika takich tematów.

Zamach na trójpodział władzy nie sprawi, że przestanie pan być wierny temu swojemu postanowieniu?
– Nie. Ja jestem stoikiem.

Może chociaż trochę pana wkurza to, co władza robi z demokracją, z Polską.
– Nie, ponieważ jestem człowiekiem, który zdaje sobie sprawę, że życie płynie dobrym nurtem.

Dobrym nurtem? Właśnie w warszawskim tramwaju pobito historyka Jerzego Kochanowskiego, bo rozmawiał z kolegą Niemcem po niemiecku.
– Każda agresja jest złem. Człowiek, który został zaatakowany dlatego, że mówi w jakimś języku? Bardzo smutne. Ale agresja jest częścią natury ludzkiej po prostu.

Zło urosło?
– Nie. Świat się zmienia na lepsze. Z roku na rok się zmienia na lepsze. Tę tezę przekonująco uzasadnia Steven Pinker, jeden z najznakomitszych myślicieli współczesnych, w swojej książce „Zmierzch przemocy”.

Zamachy w Paryżu, wojna w Syrii, uchodźcy na plażach, kryzys Unii Europejskiej, Putin na Krymie, Donbas… A pan mówi, że na lepsze?
– Tak. Niezależnie od tego wszystkiego tendencja jest taka – i tutaj odsyłam do Pinkera – że świat się zmienia na lepsze. Z roku na rok maleje liczba zabójstw, morderstw. Bios eurrootatos , jak mówił Marek Aureliusz. Życie płynie dobrze. A to, że są takie czy inne sytuacje jednostkowe? Cóż, zawsze jest coś, co się nie mieści w głównym nurcie, jak mówili stoicy, dobrze płynącego strumienia świata. Niewielkie zwroty, małe odnogi, które potem się rozchodzą i gdzieś nikną.

Teraz mamy taki zwrot?
– Być może. Nawet jeśli tak, to zniknie on niedługo i znów nurt dobrego życia się poszerzy.

*Marek Krajewski – ur. w 1966 r., pisarz, filolog klasyczny, wykładał na Uniwersytecie Wrocławskim. Sławę przyniósł mu rozgrywający się we Wrocławiu i Lwowie pierwszych dekad XX wieku cykl kryminalny o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim. Laureat Paszportu „Polityki” oraz Nagrody Wielkiego Kalibru, najważniejszego polskiego wyróżnienia za powieść kryminalną lub sensacyjną. Nakładem Znaku właśnie ukazuje się jego nowa powieść „Mock”

Marek Krajewski  „Mock” Znak

Dodaj komentarz

Copyright STREFA HUMANISTY 2018
Tech Nerd theme designed by Siteturner